piątek, 15 listopada 2013

001. "Problem zawsze tkwi w szczegółach..."

"Ostatnia zagadka". To mi obiecałeś. Nie umiesz kłamać. Nie mnie, prawda? To przecież takie oczywiste... pragniesz mojej śmierci. Na tym ci zależy. Do tego dążysz, odkąd tylko mnie poznałeś... Cóż innego mi pozostaje, jak tylko, w imię ryzyka oddać się posłusznie w twoje zdradzieckie dłonie, z których być może zginę? Chociaż... nie, nie, nie. To by było dla ciebie zbyt łatwe... zbyt nudne, mam rację? Jak zawsze. Chcesz czegoś więcej... nie umiem cię rozgryźć.. nie w zadowalającym mnie stopniu. A ty o tym doskonale wiesz, wciągasz mnie jeszcze bardziej w tę grę. Dajesz mi poznawać cię, dajesz mi pewną swobodę. Do diabła, na czym ci naprawdę zależy, Jamesie Moriarty?
Sherlock Holmes bacznie lustrował wzrokiem pierwszą stronę jakiejś gazety, a konkretnie jej wielki, wytłuszczony nagłówek głoszący tajemniczo "Detektywistyczne oszustwo". A może wcale nie tak tajemniczo? Wszak od dawna media trąbiły o arcywrogu Holmesa jako o nieszczęsnym, biednym aktorze, którego "policyjny świr" wynajął z "błahego" powodu, jakim jest nuda. Telewizja, pisma, audycje radiowe... dosłownie gdzie by się nie spojrzeć wszędzie w oczy kuły informacje o "ubogim Jamesie Moriartym, który przyjął nieludzką propozycję konsultanta detektywistycznego", spisywane przez dociekliwych dziennikarzy na bazie zeznań jednej z koleżanek po fachu oraz samego "poszkodowanego". Jeśli doliczyć do tego jeszcze pseudo dowody pokazywane przez Donovan, to już w ogóle miejscowe plotkarki były w niebo wzięte. Lecz Sherlock niewiele sobie z tego robił ("No proszę, nawet te głupki z Daily Mail pojęły wagę słowa "nemezis"" - stwierdził któregoś dnia). Szczerze mówiąc miał w nosie zdanie innych na ten temat. Ważne jest jedynie posiadanie po swojej stronie Watsona. Tyle mu starczy. Przynajmniej na jakiś czas. Teraz przynajmniej nie może narzekać na monotonię. Toczy walkę z osobistym arcywrogiem. Zasłużył sobie na odrobinę rozrywki, to nie podlega wątpliwości.
- Na pewno nic nie zjesz? - upewnił się John, wyrywając swojego przyjaciela z hipnotyzującego, własnego świata. 
Po co pyta? Przecież doskonale zna odpowiedź.
- Trawienie tylko spowalnia pracę umysłu.
- Jak zwykle - westchnął Watson z powrotem znikając w kuchni. -OCH LITOŚCI! - jęknął. - Sherlocku, naprawdę nie możesz znaleźć sobie innego miejsca na serce?
- A gdzie ja mam ci przechować świeże, martwe organy prosto z kostnicy, jak nie w lodówce? - odparł obojętnie Holmes, wzruszając ramionami. - Myślenie nie boli. Poza tym gdzie mój telefon?
- Jaki znowuż telefon? - odparł wojskowy z trudem przekrzykując pracę miksera.
Robi naleśniki, phi.
- Godzinę temu prosiłem cię, żebyś mi go przyniósł. Jest tylko na stoliku w sypialni, to nie taka długa droga. A przy okazji będziesz miał spacer. I już nie wymigasz mi się od segregowania informacji. 
- Kwadrans temu wróciłem ze sklepu! Jak ci miałem dostarczyć komórkę?! Druga rzecz: to ty się ożeniłeś ze swoją pracą, ja z twoją nie i nie mam zamiaru.
- Za późno. Masz z nią romans. Od jakiegoś roku.
Po chwili Sherlock dodał:
- Johnie, wyłącz mózg. Twoje klęcie na mnie strasznie utrudnia mi robotę.
- Przecież ja nic nie mówię!
- Ale myślisz!
- Mógłbyś się zdecydować, wiesz? Najpierw narzekasz, że nie myślę, by potem marudzić, że jednak to robię.
- Masz myśleć, ale nie w taki sposób!
- A w jaki?
- Domyśl się.
 Zaraz... co my tu mamy... cztery osoby, każda mordowana w inny sposób, żadnych powiązań między sobą... oczywiście, że za zbrodnią stoi Moriarty. Pytanie tylko jak go dorwać? Jak mu udowodnić zabójstwa? Jak go złapać i... buch, przyprzeć do muru tak, aby ładnie wszystko wyćwierkał? 
Holmes ponownie dzisiejszego wieczoru zerknął na tablicę korkową, na której obecnie w nieładzie wisiały zdjęcia ofiar, przed oraz po śmierci, każde opisane w fachowy sposób.
Gdzieś musi tkwić haczyk, coś podobnego. Praca...? Nie. Bezdzietność? Wszyscy mieli po przynajmniej jednym dziecku w różnym wieku. Charakter? Odpada. Imię? Nie. Nazwisko? Nie. Kolor oczu? Nie, Małżonkowie? Nie. Płeć? To samo. Kolor skóry? Nie. Barwa włosów? NIE! Cholera!
- Mógłbyś tu łaskawie pozwolić, Watsonie?
Niezadowolone chrząknięcie i oto jak spod ziemi wyrasta medyk z podkasanymi rękawami, umorusany na buzi...
- Krem czekoladowy. Tyle razy cię prosiłem, byś wstrzymywał się od jedze...
- Przecież doskonale wiedziałeś, że siedzę w kuchni, słyszałeś pracę miksera i nie wmówisz mi, że takiemu geniuszowi jak ty, nie wpadł do głowy pomysł o treści "robi naleśniki, phi".
- Nawet jeśli, to, to i tak nie zwalnia cię z mojego zalecenia.
John chciał coś odpowiedzieć, ale widząc, że Holmes już go nie usłyszy pogrążony w ekscytacji fotografiami zwłok, darował sobie ten pomysł.
- O co chodzi? - spytał, idąc w ślady przyjaciela. - W czym mam ci pomóc?
- Znajdź, proszę, jakieś powiązania między nimi. 
- Przecież ustaliliśmy, iż takowych brak.
- Ty ustaliłeś. Tacy jak Moriarty przy wyborze przyszłych umarlaków zawsze kierują się jakąś ich wspólną cechą.
Watson prychnął, mrużąc oczy.
Problem zawsze tkwi w szczegółach...
_____________________
To, co jest napisane kursywą, to myśli Sherlocka.

I pierwszy rozdział gotowy! Jak się podoba? Wiem, są błędy, ale to moje pierwsze ff o Sherlocku i... sami wiecie jak trudne są początki :)